Dojść do miejsca
Rozrzedzone powietrze bardzo utrudnia oddychanie. — Pan tam był? — zdumiał się Bede. — Nie, nigdy. Ale, jak już wspomniałem, listy, które przesyłała Izabela Bird do mej ciotki, były niesłychanie szczegółowe w opisach, powiem: precyzyjne, to najlepsze określenie. Czytałem je jak najciekawszą książkę o przygodach podróżników, czytałem po kilka razy, a pamięć marn, nie chwaląc się, znakomitą. — Wyznam, iż nie pojmuję, po co ludzie gramolą -się na górskie szczyty? Po to, żeby z nich schodzić? — Ha, natura ludzka jest wielce skomplikowana. Niektórzy szukają przygód i niebezpieczeństw. Czy pan wie, iż do tej pory dwadzieścia jeden osób przypłaciło życiem próbę zdobycia wierzchołka Longs Peak? Lecz innych to nie odstrasza. Sądzę, że i pan, gdyby mu zaproponowano... — Co to, to nie! — wykrzyknął Bede. — To nie ma żadnego sensu. — Jednak panna Bird uznała, że ma to jakiś sens. Już o zmroku cała czwórka, ciągle konno, osiągnęła granicę lasów. Obozowali w sosnowym zagajniku. Nazajutrz wstali ze wschodem słońca, a po śniadaniu ruszyli dalej.