Dojść do miejsca

Po osiągnięciu dwunastu tysięcy stóp wysokości pozostawili konie. Z wielkim trudem dobrnęli do miejsca, w którym nierówna, naturalna ścieżka ciągnęła się na przestrzeni kilkuset stóp między skalnymi zwaliskami, aż do granicy głębokiego parowu. Odtąd należało wędrować wąziutką półką skalną, biegnącą tuż nad przepaścią. Izabela Bird była już niezdolna do dalszego marszu. Wtedy Jim Nugent przywiązał ją do siebie liną i ciągnął. Ślizgając się, chwiejąc na nogach, dysząc z wyczerpania i z braku powietrza, z bijącym sercem i bolącymi płucami (jak to sama opisała) dobrnęła do bezpieczniejszego miejsca. Stamtąd już widać było sam czubek góry. Teraz czwórka wędrowców, pełznąc, czołgając się, przystawała co chwila dla nabrania oddechu. Ta wspinaczka trwała ponad godzinę. Wreszcie osiągnęli szczyt na pół żywi ze zmęczenia. Była to akrowej powierzchni płaszczyzna kamieni, otoczona urwistymi zboczami. Miejsce ponure, z którego szybko się wycofali. Lecz zejście wcale nie było łatwiejsze. Panna Bird przewróciła się parokrotnie.